czwartek, 11 lutego 2010

błękit wody . . . i krwi?

Biegł tak szybko jak tylko pozwalały mu na to nogi. Uciekał. Znaleźć miejsce, gdzie nic nie będzie, nikogo nie spotka. Mijał uliczki zapełniające się ludźmi. Nie zwracał uwagi na to co i kogo mijał. Mieszanina wściekłości i rozpaczy napędzała go, rozrywała od środka. Krzyk zatrzymał się w gardle. Brakowało tchu. Biec tak bez końca. Niech tylko starczy sił. Niektórzy oglądali się za pędzącym chłopakiem. Już zbliżał się do bramy miasta. Wpadł na brukowaną drogą nie ważąc na to, czy kogoś po drodze potrąci. Nagle jak znikąd pojawił się przed nim pędzący wóz.
Czas jakby zwolnił bieg.
Nogi jak wmurowane stanęły w miejscu.
W jednej sekundzie panika i zaraz zupełny spokój, pustka.
Tylko głośny dźwięk kopyt uderzających o bruk. Stłumiony krzyk woźnicy próbującego zatrzymać zwierzę. Szybko zmniejszająca się odległość i tak już zbyt mała, by umknął. Nat nie mógł zrobić nic więcej jak patrzeć i mieć tę dziwną pewność. Gdy już niemal czuł rozpędzony przez wóz wiatr uderzający go w twarz, za ułamki sekund miał poczuć straszny ból, wielka ciemna postać wyrosła tuż przed nim. Koń, czarny jak sama noc, wzbił się na tylne nogi wyhamowując w ostatniej chwili powóz. Masywne zwierzę przecinało powietrze szybkimi ruchami przednich nóg. Zarżał i upadł kopytami o stopę od Nata. Chłopak natychmiast dostrzegł coś w jego oczach. Błysk. Dziwne wrażenie jakby stał przed nim człowiek, jakby go rozumiał, chciał coś powiedzieć. Zwierzę spokojnie schyliło łeb nisko ku ziemi, jakby chciało się ukłonić. Przez kolejną krótką chwilę chłopak stał zszokowany. Wtedy zdał sobie sprawę, że woźnica schodzi do niego wykrzykując obelgi. Nie czekając dłużej ruszył biegiem dalej, rzucając tylko jeszcze jedno spojrzenie w czarne oczy zwierzęcia.
Pozostawił krzyki za sobą.
Znów wymuszał na sobie coraz szybszy bieg. Nie zwalniał aż minął granicę lasu. Nie było żadnej ścieżki, pędził między drzewami, a wystające z ziemi korzenie zdawały się usuwać mu z drogi. Przebiegł jeszcze kawałek i zatrzymał się przy szerokim pniu pochylonego nad strumieniem drzewa.
-Co tu . . . co tu się dzieje . . . –wyszeptał mimowolnie walcząc z ciężkim oddechem
- Co cię tak wystraszyło? – cichy melodyjny głos wystraszył go jeszcze bardziej, rozejrzał się nerwowo wokół
- Kto tu jest?!
- Mówili, że nas nie pamiętasz. Nic dziwnego. – nie potrafił powiedzieć z której strony dochodził go tajemniczy głos – Nen. Jestem Nen, książe.
Tym razem głos wyraźnie dobiegł go od strony strumienia. Zwrócił się odruchowo w tamtą stronę. Wielkie błękitne oczy. To pierwsze zauważył. Należały do młodej skąpo ubranej dziewczyny. Patrzył tępo na postać, która mógłby przysiąc, że chwilę temu jeszcze tu nie stała, pojawiła się znikąd.
- Ja nie . . .
Jego wzrok w tym momencie zszedł niżej. Oczy rozszerzyły się ze zdziwienia, wręcz szoku. Dziewczyna, która stała kilka stóp przed nim . . . wylewała się ze strumienia. Tam, gdzie spodziewał się ujrzeć nogi, przepływały pionowe plączące się strumienie wody. Przeniósł wzrok powoli na jej twarz. Świat zaszedł mgłą. Poczuł, że kręci mu się w głowie. Obraz przed oczami zawirował. Poczuł jak upada na miękką trawę. Spod zamykających powiek zdążył jedynie dostrzec niebo przebijające się między koronami drzew.
Nie wiedział ile minęło czasu zanim znów otworzył oczy. Z początku wydało mu się, że jest w tym samym miejscu, ale nieba nie przesłaniały już żadne drzewa. Przechylił głowę na bok. Znajomy widok. Miasto widziane z dachu tawerny, które tak często oglądał.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz