poniedziałek, 8 lutego 2010

Nie tylko morze wzburzone.

Promienie słońca przeciskające się przez szpary w ścianach komórki obudziły skulonego Nata rozlewając się na jego powiekach. Powolnie podniósł się tak, że teraz siedział na podciągniętych pod siebie nogach oparty o jedyną ścianę niezastawioną stertą drewna. Przeciągnął się leniwie. Mimo kilku godzin snu wyglądał na bardzo zmęczonego. Ziemia w drewutni w chłodną noc nie jest raczej szczytem komfortu. Nat już od dłuższego czasu żył w takich warunkach. W biegu, w poszukiwaniu okazji do zarobku, spania, jedzenia, życia. Nadszedł kolejny dzień i czas na wyłapywanie tychże nadarzających się wokół okazji. Podszedł do drzwi poprawiając popodwijane ubranie i wychylił się lekko przez uchylone drzwi. Sprawdzał czy przypadkiem nikt nie zauważy go wychodzącego. Natychmiast by go posądzili o kradzież rzeczy, których nigdy w tej szopie nie było. Tacy ludzie. Przynajmniej nie ma wielkich wyrzutów sumienia gdy ich wszystkich okrada. Wielkich? Nie ma ich wcale!
Na jego szczęście nikogo w pobliżu nie było. Wymknął się szybko i ruszył ulicą w stronę przystani. Rutynowa droga każdego dnia. Tam gdzie zbiorowisko ludzi tam zawsze znajdzie się coś do roboty dla kieszonkowca. Po paru minutach był na miejscu.
Tłum? Jeżeli parę rybaków i gromadkę dzieci bawiących się w wymordowywanie wioski można nazwać tłumem, to tak! Wręcz przecisnąć się nie można. Nat stanął w cieniu wysokiego drzewa i od niechcenia oparł się o jego pień. Ze stojącego zaraz obok domu wyszła kobieta ze zwitkiem szmat.
- Tak, ukradnę jej prześcieradło. Będę się tarzał w złocie. – mruknął do siebie z poirytowania – Jak tak dalej pójdzie Nat, to spełnią się Twoje koszmary senne i będziesz musiał poszukać uczciwej pracy… Rzecz jasna takiej, w której będzie coś można pożyczyć.
Chłopak dał ulecieć wszelkim myślom. Zamknął oczy i wsparty na drzewie koncentrował się na wietrze gładzącym jego twarz. Od kiedy pamiętał największą przyjemność sprawiało mu przebywanie pod gołym niebem. Poczucie wolności chociaż przez krótką chwilę. Zapach słonej wody. Wędrując dłonią po korze drzewa potrafił niemal dostrzec każdą nierówność.

Huk!

Zastrzyk przestrachu wymusił na nim otwarcie oczu. Powieki unosząc się gwałtownie, rozerwały spokojne myśli i zawróciły Nata do rzeczywistości. Zwykłej. Szarej. Nudnej. Po prostu . . . rzeczywistości.
To tylko skrzynia spadła z wozu. Nie ma co liczyć na wielkie niespodzianki.
Moment lęku uleciał ustępując miejsca dobijającej pustce.
Ruszył w stronę pomostu. Wsłuchiwał się jak dźwięk jego kroków zmienia się wchodząc z piachu na podmokłe deski. Morze było tego dnia bardzo spokojne. Fale łagodnie muskały pale tracąc na sile aż nie dotarły do brzegu. Nat patrzył się na ledwo widoczne w oddali statki, idąc spokojnie przed siebie. Przysiadł na samym końcu pomostu. Zdjął buty i zanurzył nogi w chłodnej wodzie. W tym momencie zaraz obok zleciała na pomost mewa. Spojrzał się na nią beznamiętnie.
- Przyjaciół szukasz? Zły adres. Jedzenia tym bardziej u mnie nie znajdziesz.
Ptak nie zwracając na niego uwagi dreptał w miejscu rozglądając się spokojnie.
- Świst powietrza nadwyrężył ci słuch? – rzucił Nat nie licząc tak naprawdę na to, że jego słowa jakkolwiek wpłyną na nowego towarzysza. – Też bym chciał móc mieć tak wszystko gdzieś. Latasz sobie gdzie chcesz, byle śmietnik to wielka uczta, nikt Ci nic nie zabrania, nie każe, nie marudzi. No chyba, że jakiś nawiedzony człowiek przyjdzie posiedzieć na pomoście poużalać się nad sobą gadając do ptaka. – głos zaczynał mu się załamywać – Ta cała Ruth łazi za mną licząc na to, że będę ją we wszystkim wyręczał. Robi z siebie kochającą matkę. Oczywiście tylko jak coś chce, bo w przeciwnym wypadku nigdy nie obejdzie się bez przypomnienia mi, że gdyby nie ona dawno bym gdzieś zginął. Wielkoduszna kobiecina przygarnęła pięcioletniego znajdę. Mogła mnie tam zostawić. W końcu z jakiegoś powodu mnie tam ktoś porzucił. Wyrodna matka! – krzyknął i machnął nogą chlapiąc przed siebie dużą ilością wody. Przestraszona mewa wzbiła się do lotu. Nagły przypływ złości aż poderwał Nata w górę. Szybko ubrał buty. Nie zwrócił nawet uwagi, że pomost zalewała co chwilę woda. Choć wiatr dalej był spokojny, morze w którymś momencie zdecydowanie się wzburzyło. Ruszył szybkim krokiem do brzegu. Co któryś krok stawiał w wodzie, gdy coraz silniejsze fale przelewały się po deskach pomostu.
Tuż przed końcem gwałtownie się zatrzymał. Poczuł na sobie uderzenie czyjegoś wzroku. Krótką chwilę stał nieruchomo. Szybko się odwrócił. W miejscu, w którym przed chwilą siedział zastał tylko koniec pomostu. Fale znów łagodnie obmywały pale kierując się do brzegu. Kilka stóp od pomostu rozchodziły się tylko kręgi na powierzchni wody, jak te, które tworzą się, gdy ryba podpłynie zachłysnąć się powietrza. Duża ryba.
Chłopak odwrócił się na pięcie i oszołomiony lekko zbytnią huśtawką emocji pognał w stronę miasteczka. Jedynie para błękitnych błyszczących oczu spoglądała z wody jak znika za najbliższymi budynkami.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz