- Piękny zachód… – rzucił mimowolnie – Kiedyś tam wyruszę. Patrzeć jak skrywa się za innymi wzgórzami w odległych krainach. Ile można patrzeć na to samo. – powiedział przenosząc wzrok na rozpościerające się pod nim miasto.
Większość wieczorów tak wyglądała. Tawerna znajdowała się w jednym z wyższych budynków w tej okolicy, więc i widok z jej dachu był najlepszy. Siedział tam w gasnącym blasku wieczornego słońca i wyczekiwał. Pod tawerną przewijało się jak zawsze pełno ludzi. Wchodzili, wychodzili. Niektórzy byli w stanie jedynie się wyczołgać. Byli też tacy, którym pomagano się jak najszybciej z niej wydostać. Marta nie znosiła bójek w środku. Zawsze znajdywała kogoś kto w jej imieniu wyperswadowywał awanturnikom wszczynanie czegokolwiek w tawernie. Przeważnie kończyło się to pijanym facetem wylatującym z hukiem za drzwi. Za wiele kultury tam nie uświadczysz. Dobrze przynajmniej, że na coś się ci pijacy przydają. Chłopak wstał i przeciągnął się spokojnie. Było już zupełnie ciemno. Podszedł do jednej z krawędzi dachu. Chwycił się wystającej belki i zsunął w dół. Lata włóczęgi wyćwiczyły w nim wystarczającą zwinność, by bez większego problemu dostał się do okna pokoju na poddaszu, które zostawił otwarte wchodząc na dach parę chwil przed zachodem. Zamknął za sobą okiennice i wyszedł. Zbiegał już z ostatnich schodów kiedy mało co nie zderzył się z kobietą, która w tamtym momencie pojawiła się u ich stóp.
- Na Bogów! – krzyknęła przestraszona upuszczając niesione naczynia – Co ty wyrabiasz najlepszego?!
- Marto, przepraszam, nie zauważyłem Cię. – odpowiedział trzymając się za ramię, w które uderzył się wyhamowując na ścianie.
- Jak zwykle się tu kręcisz. Aż się prosisz o kłopoty. – schyliła się by zebrać z podłogi upuszczone rzeczy – Twoja matka znów tu była. – rzuciła spoglądając kontem oka na próbującego wywinąć się niepostrzeżenie chłopaka.
Stanął jak wryty. Odwrócił się gwałtownie i spojrzał na Martę wielkimi oczami.
- Chyba nie powiedziałaś jej że tu jestem?!
Spojrzała na niego wymownie.
- Prosiłem Cię, żebyś nic jej nie mówiła! Nie chcę jej widzieć! Po co w ogóle tu przyszła? Najlepiej mów jej że wcale mnie nie widziałaś. Niech sama sobie dopowiada . . .
-Nat, przestań. Dobrze wiesz, że Cie nie wydam. – wstała i spojrzała na niego podejrzliwie – Tak właściwie. . .co tu robisz o tej porze?
- Właśnie wychodziłem! Idę do domu!
- Domu? Znowu się będziesz włóczył po nocach i spał nie wiadomo gdzie. Czemu nie zostaniesz tutaj? Przecież wiesz, że miejsce dla ciebie zawsze się znajdzie. Codziennie Ci to mówię, a ty za każdym razem powtarzasz tylko, że . . .
-Nie chcę Cie wykorzystywać. Poza tym mam gdzie spać! I właśnie tam teraz idę!
Patrzyła jak chłopak odwraca się i spieszy ku drzwiom.
- Lepiej dla mnie, żebym nie wiedziała co się z tobą dzieje. Nic dobrego z tego nie przyjdzie. Oj nie przyjdzie . . . – skwitowała wchodząc po schodach
Nat jednak niezupełnie tam, gdzie miał się udać, faktycznie poszedł. Widząc, że zagrożenie w postaci nadopiekuńczej Marty zniknęło z horyzontu, zboczył z drogi i zamiast do drzwi, dotarł do stolika stojącego w samym kącie. Usiadł i rozejrzał się wokół. Szukał kolejnej ofiary. Musiał jakoś przeżyć, a ze złodziejstwa całkiem nieźle się dawało utrzymać, tym bardziej, że był w tym dobry i jak dotąd nieuchwytny. Jego wzrok napotkał jednego z pijanych mieszkańców stojącego przy barze. Szybkim krokiem, starając się nie zwrócić na siebie uwagi podszedł do niego. Jegomość był w takim stanie odmóżdżenia alkoholowego, że nie zwrócił nawet na niego uwagi. Nat, upewniając się, że nikt się mu nie przygląda, szybkim ruchem rozciął sakiewkę przywieszoną do pasa swego nowego pracodawcy używając małego sztyletu, bez którego nigdzie się nie ruszał. Drugą ręka chwycił wypadającą zawartość i równie szybko jak przyszedł, wrócił do swojego stolika.
- Marne resztki – mruknął do siebie sprawdzając ile udało mu się wypożyczyć od rozbawionego życiem przyjaciela. – Trzeba będzie szukać dalej.
Schował swoje ciężko zarobione resztki i począł się ponownie rozglądać. Nagle coś przykuło jego uwagę. Dźwięk, który zawsze go do siebie wzywa. Pieniądze aż proszą się o uwolnienie. Spojrzał w stronę, z której owa melodia dobiegła. Dosłownie kawałeczek od niego stał mąż Marty, wyraźne z jakiegoś powodu zadowolony, a przed nim kobieta w szatach jakich do tej pory nigdy nie widział. Wtedy dostrzegł to, co tak go do siebie wołało. Dziwnie wyglądająca dama machała przed właścicielem tawerny sakiewką śpiewającą złotem. Oczy aż mu się zaświeciły. Nadszedł szczęśliwy dzień. Postanowił zorientować się czy gdzieś przypadkiem nie widać kolejnej sakiewki. Ktoś kto płaci takie sumki musi mieć ich przy sobie jeszcze sporo więcej. Wstał i podszedł spokojnie acz szybko do baru tuż obok rozmawiającej pary. Założył przed tym kaptur, żeby przypadkiem nie rzucić się szynkarzowi w oczy, o ile zwracał teraz uwagę na cokolwiek innego poza stojącą przed nim egzotyczną klientką.
- Nic dziwnego, że ma pieniądze – pomyślał Nat – inaczej nikt by na taką płaską kobietę nie poleciał.
Skupił się na sakiewce. Pieniądze! Więcej ci dadzą niż trzepocząca rzęsami panienka. Na jego nieszczęście w tym momencie zjawiła się Marta. Czy to kaptur, czy maska, czy dziesięciometrowy mur, ta kobieta zawsze pozna człowieka, zwłaszcza takiego, któremu chce pomatkować.
- A co ty tu jeszcze robisz? – syknęła na Nata
- Jaaa, jaaa, właśniee . . .
Marta szykowała się już do poważnego krzyku, kiedy wtrącił się jej rozpromieniony mąż:
- Marto!! Podaj mi butelkę Sake!! – Marta rzuciła mu spojrzenie pełne rządzy mordu przeskakując wzrokiem to na niego to na podśmiewającą się obok klientkę. - Tego z dzisiejszej dostawy - dodał cichszym tonem…
Nat nie czekał dłużej. Wykorzystał okazję i wymknął się do wyjścia. W drzwiach doszły go jeszcze tylko krzyki:
-Auć! A to za co?
- Ty już dobrze wiesz za co!
Chłopak zwolnił kroku dopiero po paru minutach, gdy był wystarczająco daleko od karczmy. Szedł jeszcze chwilę rozglądając się na boki. Podszedł do spostrzeżonej małej drewutni. Drzwi były otwarte. Wszedł do środka upewniając się, że nikt tego nie widzi. Spojrzał niezbyt zadowolonym wzrokiem na małą przestrzeń zaciśnięta przez cztery ledwo trzymające się pionu ściany.
- No cóż, na dziś musi to wystarczyć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz