czwartek, 28 stycznia 2010
I gdzie te cholerne znaki?!
- Jeśli myślisz, że spróbuję tego pierwszy to najwyraźniej tracisz rozum. - ptak się oburzył i wsadził dziób do swojego kubka z herbatą najwyraźniej nie dbając o to, że Maeve nie rzuciła jeszcze zaklęcia iluzji. W końcu gadanie z ptakiem w tawernie nie jest zbyt popularnym sposobem spędzania czasu. Zrezygnowana, Maeve wzięła widelec i zaczęła dziobać breję na mniejsze kawałki by szybciej przeleciały przez gardło.
Napiwszy się herbaty Martin spoglądał na owego przybysza, który bardziej stoczył się niż zszedł z piętra.
- Zastanawiające...
- To czy ta jajecznica widziała lepsze czasy...? Owszem...
- Nieee, ten człowiek. Najwyraźniej pochodzi z krainy na Wschodzie za Morzem Świetlistego Węża. Ten kraj rzadko kontaktuje się z królestwami w tej części świata, a co dopiero żeby jacyś uzdolnieni wyruszali tu na podróże...
- Jak to dobrze, że mam ciebie moja mała podręczna encyklopedio wiedzy o świecie... Z drugiej strony może po prostu robi jakiś rekonesans. - Maeve sięgnęła po kubek kawy, żeby zabić niesmak po breji. Martin znów spojrzał wymownie na swoją towarzyszkę.
- Moja wiedza jednak jest nie wystarczająca do tego by stwierdzić jakto sie stało, że zostałaś wybrana Najwyższą Kapłanką...
- Z woli Świętego Czarnego Smoka...
- ..oprócz tego właśnie powodu. Może zamiast twoich zaklęć zaczniesz używać sarkazmu jako narzędzia do egzorcyzmów. Zapewne działałby skuteczniej...
-Bardzo zabawne, kruku. Czy ten osobnik na prawdę myśli, że ja nie zauważam, że na mnie zerka...?
- Kto wie. Tak tak, Czarny Smok na pewno. - odparł zanim mu przerwała. - Jeśli wie to może nam powie co dalej masz zrobić? Podejść i rozpocząc konwersacje o pogodzie? Polecić mu okoliczne świątynie do zwiedzania? - Maeve, zmieszana, odłożyła widelec na talerz.
- W sumie to nie wiem... Może poczekajmy jeszcze trochę aż on coś zrobi.
Kruk jedynie wydał westchnienie.
- Na prawdę, zerka jakbyś nosiła hełm z czaszek jego pobratymców... - Maeve wzruszyła ramionami i wyciągnęła z płaszcza papierosy. Zaletą bycia jakimkolwiek uzdolnionym jest to, że nigdy nie musisz się męczyć z odpaleniem czegokolwiek. Maeve głeboko się zaciągnęła i oparła o ścianę za nią.
- Cóż... poczekamy, zobaczymy... - zapatrzyła się w przestrzeń przed sobą. Kruk się skulił na stole.
sobota, 23 stycznia 2010
Tymczasem...
- o żesz!! do stu wilków morskich!! - przerwał mu Markus - toż Kapitan nas ubije jak..
- z pewnością siermęgi wy jedne!! - rzekł gruby ,niski ,ale donośny głos za plecami majtka - ajajajajajajajaj .. - zająkali oboje wycofując się do konta. Stanął przed nimi solidny mężczyzna ,z długa ruda broda związaną w dwa warkocze. Nie wyglądał na kapitana okrętu dostawczego ,bardziej przypominał dowódcę piratów - bo Kapitanie ,widzisz ta kobieta ,znaczy facet ,tfu - splunęli oboje - no i ten wilk - dodał jeden z nich - wilk? - zapytał zdziwiony dowódca - no bo..
- uspokójcie się i powoli.. - rzekł opanowany kapitan.
- Panie Cina. - zaczął Bakus - Melduję.. - przyjął postawę żołnierza. - iż podczas rozładunku towaru ,w ładowni znaleziono pasażera na gapę ,musiał się dosiąść podczas załadunku okrętu we wschodnich krainach.. z początku myśleliśmy ,że to kobieta ,gdyż miał na sobie czarną szatę wyszywaną we wzory tych no.. jak im tam ..
- Kwiatów wiśni.. - dopowiedział Markus po czym również i on niezdarnie zwłókł się z podłogi i stanął na baczność.
- Wyjątkowo nie męskie szaty.. - skomentował Bakus i począł kontynuować raport - I to nas zmyliło. Jednak szybko zorientowaliśmy się..
- Jak zacząłeś się do niego dobierać - przerwał mu Markus.
- Zamilcz łapserdaku - zganił go Markus - więc postanowiliśmy wychłostać rzezimieszka ,ale nim się spostrzegliśmy..
- spod jego szat buchnęła smuga światła !! - przerwał mu podekscytowany Bakus ,gestykulując energicznie swoimi małymi serdelkowatymi łapkami - jak nie spojrzeliśmy ,stanął przed nami wilk!!
- z dziewięcioma ogonami!
- miałeś czas żaby liczyć ,ja o mało nie zrobiłam w majty tak się wystrachałem - kapitan złapał się za głowę słysząc to - no i ten wilk jak nie buchnął ogniem..
- i to by była ostatnia rzecz jaka pamiętamy kapitanie.
- hmmmm .. - zamyślił się kapitan - pomyślmy.. .. .. JESTEŚCIE SKOŃCZONYMI KRETYNAMI ŻEBY NIE DAĆ SOBIE RADY Z JEDNYM GAPOWICZEM!!
- pijanym - dodał Bakus.
- hę?! - zdziwił się kapitan - No to pięknie. Moja załoga to półgłówki ,nie radzący sobie z tak prostymi zadaniami jak rozładunek statku ,i do tego MAJĄCY JAKIEŚ HALUCYNACJE!! Ale nie ważne.. Dopadnę Tego drania ,gdziekolwiek jest i obiję mu ta dalekowschodnią buźkę za zniszczenie mojej pięknej Hildy - chwycił w dłoń przykopconą belkę leżącą u jego stóp i począł ją delikatnie głaskać. Łezka zakręciła się w jego oku..
wtorek, 19 stycznia 2010
I zawsze ktoś przeszkodzi . . .
- Piękny zachód… – rzucił mimowolnie – Kiedyś tam wyruszę. Patrzeć jak skrywa się za innymi wzgórzami w odległych krainach. Ile można patrzeć na to samo. – powiedział przenosząc wzrok na rozpościerające się pod nim miasto.
Większość wieczorów tak wyglądała. Tawerna znajdowała się w jednym z wyższych budynków w tej okolicy, więc i widok z jej dachu był najlepszy. Siedział tam w gasnącym blasku wieczornego słońca i wyczekiwał. Pod tawerną przewijało się jak zawsze pełno ludzi. Wchodzili, wychodzili. Niektórzy byli w stanie jedynie się wyczołgać. Byli też tacy, którym pomagano się jak najszybciej z niej wydostać. Marta nie znosiła bójek w środku. Zawsze znajdywała kogoś kto w jej imieniu wyperswadowywał awanturnikom wszczynanie czegokolwiek w tawernie. Przeważnie kończyło się to pijanym facetem wylatującym z hukiem za drzwi. Za wiele kultury tam nie uświadczysz. Dobrze przynajmniej, że na coś się ci pijacy przydają. Chłopak wstał i przeciągnął się spokojnie. Było już zupełnie ciemno. Podszedł do jednej z krawędzi dachu. Chwycił się wystającej belki i zsunął w dół. Lata włóczęgi wyćwiczyły w nim wystarczającą zwinność, by bez większego problemu dostał się do okna pokoju na poddaszu, które zostawił otwarte wchodząc na dach parę chwil przed zachodem. Zamknął za sobą okiennice i wyszedł. Zbiegał już z ostatnich schodów kiedy mało co nie zderzył się z kobietą, która w tamtym momencie pojawiła się u ich stóp.
- Na Bogów! – krzyknęła przestraszona upuszczając niesione naczynia – Co ty wyrabiasz najlepszego?!
- Marto, przepraszam, nie zauważyłem Cię. – odpowiedział trzymając się za ramię, w które uderzył się wyhamowując na ścianie.
- Jak zwykle się tu kręcisz. Aż się prosisz o kłopoty. – schyliła się by zebrać z podłogi upuszczone rzeczy – Twoja matka znów tu była. – rzuciła spoglądając kontem oka na próbującego wywinąć się niepostrzeżenie chłopaka.
Stanął jak wryty. Odwrócił się gwałtownie i spojrzał na Martę wielkimi oczami.
- Chyba nie powiedziałaś jej że tu jestem?!
Spojrzała na niego wymownie.
- Prosiłem Cię, żebyś nic jej nie mówiła! Nie chcę jej widzieć! Po co w ogóle tu przyszła? Najlepiej mów jej że wcale mnie nie widziałaś. Niech sama sobie dopowiada . . .
-Nat, przestań. Dobrze wiesz, że Cie nie wydam. – wstała i spojrzała na niego podejrzliwie – Tak właściwie. . .co tu robisz o tej porze?
- Właśnie wychodziłem! Idę do domu!
- Domu? Znowu się będziesz włóczył po nocach i spał nie wiadomo gdzie. Czemu nie zostaniesz tutaj? Przecież wiesz, że miejsce dla ciebie zawsze się znajdzie. Codziennie Ci to mówię, a ty za każdym razem powtarzasz tylko, że . . .
-Nie chcę Cie wykorzystywać. Poza tym mam gdzie spać! I właśnie tam teraz idę!
Patrzyła jak chłopak odwraca się i spieszy ku drzwiom.
- Lepiej dla mnie, żebym nie wiedziała co się z tobą dzieje. Nic dobrego z tego nie przyjdzie. Oj nie przyjdzie . . . – skwitowała wchodząc po schodach
Nat jednak niezupełnie tam, gdzie miał się udać, faktycznie poszedł. Widząc, że zagrożenie w postaci nadopiekuńczej Marty zniknęło z horyzontu, zboczył z drogi i zamiast do drzwi, dotarł do stolika stojącego w samym kącie. Usiadł i rozejrzał się wokół. Szukał kolejnej ofiary. Musiał jakoś przeżyć, a ze złodziejstwa całkiem nieźle się dawało utrzymać, tym bardziej, że był w tym dobry i jak dotąd nieuchwytny. Jego wzrok napotkał jednego z pijanych mieszkańców stojącego przy barze. Szybkim krokiem, starając się nie zwrócić na siebie uwagi podszedł do niego. Jegomość był w takim stanie odmóżdżenia alkoholowego, że nie zwrócił nawet na niego uwagi. Nat, upewniając się, że nikt się mu nie przygląda, szybkim ruchem rozciął sakiewkę przywieszoną do pasa swego nowego pracodawcy używając małego sztyletu, bez którego nigdzie się nie ruszał. Drugą ręka chwycił wypadającą zawartość i równie szybko jak przyszedł, wrócił do swojego stolika.
- Marne resztki – mruknął do siebie sprawdzając ile udało mu się wypożyczyć od rozbawionego życiem przyjaciela. – Trzeba będzie szukać dalej.
Schował swoje ciężko zarobione resztki i począł się ponownie rozglądać. Nagle coś przykuło jego uwagę. Dźwięk, który zawsze go do siebie wzywa. Pieniądze aż proszą się o uwolnienie. Spojrzał w stronę, z której owa melodia dobiegła. Dosłownie kawałeczek od niego stał mąż Marty, wyraźne z jakiegoś powodu zadowolony, a przed nim kobieta w szatach jakich do tej pory nigdy nie widział. Wtedy dostrzegł to, co tak go do siebie wołało. Dziwnie wyglądająca dama machała przed właścicielem tawerny sakiewką śpiewającą złotem. Oczy aż mu się zaświeciły. Nadszedł szczęśliwy dzień. Postanowił zorientować się czy gdzieś przypadkiem nie widać kolejnej sakiewki. Ktoś kto płaci takie sumki musi mieć ich przy sobie jeszcze sporo więcej. Wstał i podszedł spokojnie acz szybko do baru tuż obok rozmawiającej pary. Założył przed tym kaptur, żeby przypadkiem nie rzucić się szynkarzowi w oczy, o ile zwracał teraz uwagę na cokolwiek innego poza stojącą przed nim egzotyczną klientką.
- Nic dziwnego, że ma pieniądze – pomyślał Nat – inaczej nikt by na taką płaską kobietę nie poleciał.
Skupił się na sakiewce. Pieniądze! Więcej ci dadzą niż trzepocząca rzęsami panienka. Na jego nieszczęście w tym momencie zjawiła się Marta. Czy to kaptur, czy maska, czy dziesięciometrowy mur, ta kobieta zawsze pozna człowieka, zwłaszcza takiego, któremu chce pomatkować.
- A co ty tu jeszcze robisz? – syknęła na Nata
- Jaaa, jaaa, właśniee . . .
Marta szykowała się już do poważnego krzyku, kiedy wtrącił się jej rozpromieniony mąż:
- Marto!! Podaj mi butelkę Sake!! – Marta rzuciła mu spojrzenie pełne rządzy mordu przeskakując wzrokiem to na niego to na podśmiewającą się obok klientkę. - Tego z dzisiejszej dostawy - dodał cichszym tonem…
Nat nie czekał dłużej. Wykorzystał okazję i wymknął się do wyjścia. W drzwiach doszły go jeszcze tylko krzyki:
-Auć! A to za co?
- Ty już dobrze wiesz za co!
Chłopak zwolnił kroku dopiero po paru minutach, gdy był wystarczająco daleko od karczmy. Szedł jeszcze chwilę rozglądając się na boki. Podszedł do spostrzeżonej małej drewutni. Drzwi były otwarte. Wszedł do środka upewniając się, że nikt tego nie widzi. Spojrzał niezbyt zadowolonym wzrokiem na małą przestrzeń zaciśnięta przez cztery ledwo trzymające się pionu ściany.
- No cóż, na dziś musi to wystarczyć.
poniedziałek, 18 stycznia 2010
Słodko - gorzki poranek ~jak by tu zarobić ,a sie nie narobić~
- umm.. - zamruczał ,dźgany czymś w nos po czym przewrócił się na drugi bok.. Coś skrzętnie wślizgnęło się pod jego szaty i zaczęło się energicznie wić wywołując łaskotanie u maga.. - MWAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAHAAHA!! OUĆ!! - po głośnym śmiechu wywołanym suptelnym smyraniem ,postać spadła z hukiem na podłogę.. - KANKOOOOOOO!! - krzyknął ,a coś zaszurało pod pościelą.. - ouć.. moojaa głoowaa .. - czarodziej chwycił se za głowę po czym spojżał na pustą butelkę leżąca na podłodze i zaczął zawodzić żałosnym tonem..
Wysączyłeś ostatni łyk
W pustej szklance świeci dno
W kieszeni masz tylko parę dziur
Twoi kumple odeszli już
Obcych twarzy kilka w krąg
Samotność przygniata Cię jak mur
Chciałbyś jeszcze łyk
Ale nie chce nikt
Zafundować kielicha Ci
Z wolna cichnie gwar
Zostaw już ten bar
Nagle urwał ,poklepał się po twarzy na ocucenie i gwałtownie wstał..
- KANKO!! - zerwał pościel z łóżka żwawym ruchem ,pod którą chował się psotny fajkowy lisek ,mag wyciągnął ku niemu dłoń ,na co lisek zerwał się z łóżka owinął w okół jego dłoni i zniknął w rękawie kimona.. - musimy znaleźć pieniążki ,maleńki - lisek wysunął się spod kołnierza ,cmoknął czarodzieja w brzoskwiniowe lico po czym czmychnął skąd się wychylił.. Postać zabrała ze stolika swoją fajkę ,opróżniła zawartość do pojemniczka ,który trzymała skryty w rękawie ,schowała swoje rzeczy pod szatą i podążyła korytarzem ku schodom prowadzącym w dół..
W porównaniu do wieczora ,o świcie w tawernie panował totalny raban.. na stolikach przysypiali pijani marynarze ,na ziemi leżały potłuczone kufle z rozlanym piwem ,najtańszym i najczęściej pijanym w tych rejonach trunkiem.. Czarodziej wyczuł znajomą woń ,woń tytoni dochodząca z głębi sali.. Spojrzał w tamtym kierunku i ujrzał kruczowłosa kobietę ,która najwyraźniej rozmawiała z kimś ,ale nikt jej nie towarzyszył ,prócz wyrośniętego kruka.. Postać podeszła do Szynkarza.
- witam milejdi.. ja ,jak minęła noc? - spytał właściciel tawerny wyraźnie lekko podirytowany.. - Co oferujesz na śniadanie Szynkarzu? - odparł mag wymijająco - szynkarz wypowiedział jakąś nazwę ,która nie była najwyraźniej znana przybyszowi ,na co odparła - a masz ryż? - łysy mężczyzna zdziwił się ,a jego zawsze czujna żona wychyliła się z okienka kuchennego rzucając szybkie spojrzenie po sali.. - Marto ,ryz raz poproszę! - na tą komendę z kuchni dobiegł dźwięk tłuczonego szkła..
Po chwili jednak Mag zasiadł ,z gotowym już ryżem przy w miarę czystym stoliku ,wyciągnął dwie zdobione pałeczki i począł jeść co wzbudziło małe poruszenie wśród rodziny szynkarza.. Lewą rękę miał ułożoną na stole blisko talerza ,by mały fajkowy lisek mógł nie zauważenie skubać ziarenka ryżu.. Dalekowschodni przybysz zachowywał czujność ,zaniepokojony towarzystwem tajemniczej kobiety..
niedziela, 17 stycznia 2010
Skrzyżowania losu - jak zwykle bez czytelnych drogowskazów. ~Prologue c.d.~
Do Stormside pozostało już tylko kilka mil, lecz kobieta przysiadła na kamieniu milowym i spod szat wyciągnęła bukłak z wodą. Obok niej sfrunął i przysiadł wielki kruk.
- Dlaczego się zatrzymałaś? W mieście jest mnóstwo karczm. - zagadnął.
- Jesteśmy jeszcze na wzniesieniu i chciałam się przyjrzeć morzu z daleka. - odparła aksamitnym głosem, spoglądając na morze okalające Stormside.
- Ah. No tak, Taer Yar nie miało terenów sprzyjających rybołówstwu. - odparł kruk drapiąc się pazurem po łebku.
- Taer Yar nie są sprzyjające dla nikogo, Martin. - kobieta spojrzała teraz w niebo. - Za jakieś trzy godziny wzejdzie słońce...
- Owszem.- przytaknął kruk.
- Chodźmy więc...- postać wstała.
- Maeve, zanim wejdziemy do miasta chciałbym byś mi powiedziała prawdę. - kruk zajął jej miejsce na kamieniu milowym.
- Jaką prawdę?
- Dlaczego tu przybyliśmy.
- Mówiłam Ci, że nigdy nie widziałam morza.- jakimś sposobem kruk rzucił jej urażone i niedowierzające spojrzenie. Maeve westchnęła i podparła ręce na biodrach.
- Pamiętasz tę robotę pod Krzyczącym Lasem? - zaczęła. - Gdy się kąpałam po egzorcyzmach Kryształ wpadł do wody, a potem do soli.
Pomiędzy dwójką zaległa cisza. Kruk opuścił głowę w geście załamania.
- Maeve, Kryształ nie opuszcza nigdy twojej szyi więc...- ale nie dała mu dokończyć.
- Właśnie! Nigdy nie spada, nigdy go nie ściągam a wtedy spadł dwa razy. Do wody i do soli. Woda i sól równa się morze, prawda? - mówiła żywo gestykulując. Kruk wydał westchnienie.
- Nie jestem Najwyższą Kapłanką, nie znam się, skoro tak uważasz... dla mnie to trochę głupie...- ostatnie słowa wypowiadał już do jej pleców, więc wzbił się w powietrze kierując się do miasta.
Ludzie, którzy mijali tą dziwną parę rozmawiającą na uboczu drogi poczuli, że lepiej będzie, jeśli bedą udawać, że nic nie widzieli, tym bardziej nie słyszeli.
Słońce było już nad widnokręgiem i odbijało się od fal, gdy Maeve wciąż kręciła się po mieście niezdecydowana. Na jej ramieniu przysiadł Martin.
- Czy możemy wreszcie zająć gdzieś pokój? Jestem okropnie śpiący. Mam nadzieję, że nie będziemy się kręcić aż Kryształ spadnie ci z szyi i potoczy się pod drzwi karczmy...
- Będziesz spał w gołębiarni, jeśli się nie zamkniesz... - wtedy Maeve przystanęła. Martin podążył wzrokiem za jej spojrzeniem.
- No taaaak...- znaleźli karczmę. Pod Czarnym Smokiem. Maeve ruszyła do drzwi.
- Moja droga, zanim udamy się w nieznane objęcia przeznaczenia, może powiesz mi czy jeszcze jakieś dziwne zdarzenia mają nastąpić? - kruk lekko wbił pazurki w jej ramię, gdy miała rękę już na klamce.
- Nie wiem. Prześladuje mnie zapach kwiatu wiśni... - i weszła do środka. A w nim panował półmrok. I brud. I smród. I gdzieniegdzie zapijaczone zwłoki marynarzy. Za barem stał łysawy karczmarz, który, jak wielu przed nim, patrzył się z głupkowatą miną i otwartymi ustami w postać Maeve i jej szmaragdowe oczy. Kobieta podeszła do baru omijając kałuże, miała nadzieję, piwa. Zdjęła kaptur i chustę.
- Czysty stolik oraz śniadanie w czystych naczyniach. - powiedziała władczym tonem wykonując dłonią w powietrzu koło. Karczmarzowi zajęło 2 minuty wyczyszczenie stołu w przytulnym rogu sali. Martin zeskoczył na stół a Maeve usiadła.
- Cholera...
- Tak..?
- Zapomniałam dodać, że krzesło też ma być czyste... - kruk zakrakał w swojej wersji śmiechu.
- Myślę, że Płaszcz się nie obrazi. - chichotał. - Akhem, i teraz co?
- Jak to co, zjemy śniadanie. - odparła wyciągając czarną tabakierę z wytłoczonym na niej smokiem. Zapaliła papierosa. - Od razu lepiej.
- A po śniadaniu? - ciągnął dalej kruk.
- Zobaczymy dopiero po śniadaniu.- odparła filozoficznie. - Czy tobie też się wydaje, że ktoś śpiewa...?
- Tak, również mnie to dziwi. Zazwyczaj pijackie piosenki mają wzięcie w ciemnościach i dymie...
I tak ,nie tak jak myślisz widzą Cię ~Prologue~
Ja od wina nasiąkam ,jak od wody gąbka
Bo wino to moja druga krew
Butelka jest dla mnie ,jak dla trębacza trąbka
A każdy łyk to jakby zew
Owa pieśń naszego gapowicza zwabiła kilku majtków rozładowujących okręt..
- Co to za hałasy?! - krzyknął jeden z nich ,niski ,gruby o okrągłej twarzy z nosem zadartym ku górze ,majtek przypominał wieprza - kto tu tan do licha jest??! Wyłaź z ukrycia ale już!!
Niespodziewanie w koncie między skrzyniami znaleźli leżącą ,kompletnie pijaną postać ubraną w ciemne ,orientalne szaty z wzorem kwiatów wiśni ,z pustą butelką sake wygrzebaną z jednej ze skrzyń w ładowni.. Dookoła leżało jeszcze kilka innych ,pustych już butelek..
- oh ,oh - rzekła postać leżąca w koncie popalając długa fajkę kiseru - hyk - czknęła - mam towarzystwo..
- no ,no - kogo my tu mamy? - zagadnął drugi z majtków ,chudy i długi ze szczurowata aparycją - nie dość ,ze gapowiczka to jeszcze złodziejka..
- i to całkiem pijana Markusie - zacieszył gruby - sasasasa..
- Co racja ,to racja Bakusie - błysk w jego oku był wymowny - po ciężkiej pracy przyda nam się odrobina przyjemności.. Dwaj panowie ruszyli w stronę bezwładnej gapowiczki ,zaczynając się do niej bezwstydnie dobierać..
- Co Panowie robią!! - niezgrabnymi ruchami postać zaczyna się wzbrabniać - ale.. zaraz ,zaraz .. PRZESTAŃCIE!!
- Yyyyy !! - zdziwił się Bakus wkładając bezwładnej gapowiczce rękę pod kimono - to.. to.. tto.. to ,to ,to ,to ,to.. - na czwroaka czmychnoł w drugi kont ładowni - co się stało? - zapytał zdziwiony Markus - to .. to.. tto to.. to jest mężczyzna !! - na twarzy obu malowało się zdziwienie i szok ,lecz po chwili zalała je fala gniewu i złości.. - to teraz pobawimy się inaczej plugawy złodziejaszku.. - rzekł wściekły Bakus chwytając za drewniana belkę lezącą koło niego - Ubijemy Drania!!
- nie póki ja tu jestem.. - rzekł głos z nikąd ,nagle spod szat pasażera na gapę buchneła łuna czerwonego światła i fala gorąca..
- khaaaaaa.. - stęknął orientalny przybysz - czy ja zawsze muszę wpadać w jakieś tarapaty.. eh.. - zamyślił się - Gdyby nie Ty ,mój mały przyjacielu - poklepał się po ramieniu - to było by ze mną krucho. No cóż ,mamy piękną noc ,trzeba by było uczcić nasze szczęśliwe przybycie tutaj.. poszukajmy jakiejś tawerny! - przybysz ruszył alejka prowadzącą w głąb miasta nucąc..
Idzie diabeł ścieżką krzywą
Pełen myśli złych
Nie pożyczył mu na piwo
Nie pożyczył nikt
Słońce smaży go od rana
Wiatr gorący dmucha
Diabeł się z pragnienia słania
W ten piekielny upał
Idzie anioł wśród zieleni
Dobrze mu się wiedzie
Pełno drobnych ma w kieszeni
I przyjaciół wszędzie
Piwa, nalejcie piwa
Dobrego piwa z tej starej beczki
Kiwa się głowa, kiwa
Od tego piwa z tej starej beczki
Nagle przystanęli obaj
Na drodze pod śliwką
Zobaczyli, że im browar
Wyszedł naprzeciwko
Nie ma szczęścia na tym świecie
Ni sprawiedliwości
Anioł pije piwo trzecie
Diabeł mu zazdrości
Piwa...
Mówi diabeł - postaw kufla
Bóg ci wynagrodzi
My, artyści, w taki upał
Żyć musimy w zgodzie
Na to anioł zatrzepotał
Skrzydeł pióropuszem
I powiada - dam ci dychę
W zamian za twą duszę
Piwa...
Musiał diabeł duszę wściekłą
Aniołowi sprzedać
I stworzyli sobie piekło
Z odrobiną nieba
Piwa...
Deszcz lał się strumieniami.. Jedyną osobę jaką można było spotkać na ulicach Stormside ,to nietutejszo - wyglądająca postać ,w czarnej orientalnej szacie we wzory kwiatów wiśni ,stukająca hebanowo - czarnymi sandałami na koturnie po brukowanej ulicy.. Osłaniającej się przed deszczem orientalnym parasolem z pod którego co jakis czas wygladała na wpół przezroczysta ludzka twarz..
Tuż za rogiem przybysza dopadł znajomy gwar ,gwar biesiady ,obijających się kufli i ten zapach.. Co sił w nogach udał się w tamta stronę.. Wszedł do tawerny pełnej tutejszych spracowanych mieszczan. Czuł na sobie miliony zdziwionych spojrzeń..
Tawerna była zadbana ,nie była to pierwsza lepsza speluna jakby się mogło wydawać.. Obszerne lobby i masywne schody prowadzące ku górze wskazywały na to iż można tu wynająć ,oprócz zaspokojenia potrzeb głodu i pragnienia ,pokój.. Mag czym prędzej podszedł do baru.
- Co dla panienki? - zagaił szynkarz - poproszę flaszkę najdroższego i najmocniejszego trunku jaki masz i najwygodniejszy pokój - odparł mag nie zwracając zbytniej uwagi na to ,że znów pomylono jego płeć ,z biegiem czasu nauczył się to wykorzystywać w umiejętny sposób.
- panienka chyba żartuje?! -odparł szynkarz pełen zdziwienia ,na co mag wykorzystując swoją urodę ,zamrugał uwodzicielsko żęsami ,wyjął mała sakiewkę ,potrząsnął nią ,na co ta wydała melodyjne brzęknięcie ,na które szynkarz zareagował błyskiem w oku - mwahahahahaha ,teraz rozmawiamy inaczej! - odwrócił się do tablicy na której wisiały klucze do pokoii ,lecz nie wziął żadnego wiszącego na niej, otworzył natomiast szufladą znajdującą się pod tablicą i wyjął z niej klucz - pokój na poddaszu Milejdi.. Marto!! Podaj mi butelkę Sake!! - krzyknąl szynkarz do swej żony ,która mordowała go wzrokiem - Tego z dzisiejszej dostawy - dodał cichszym tonem..
Mag zapłacił ,wziął flaszkę i udał się po schodach na górę odprowadzany wzrokiem podpitych mieszczan i szynkarza..
- Auć!! - krzyknął szynkarz uderzony wałkiem w głowę przez Martę - a to za co??
- Ty już dobrze wiesz ,za co!! -odparła i udała się do kuchni..
Drzwi do pokoju otworzyły się. Pokój faktycznie był z gatunku tych specjalnych.
Wielkie łoże zaścielone pościelą z drogiego materiału wyglądało na wygodne. pokój był umeblowany mahoniowym segmentem z rzeźbionymi ręcznie ozdobami. okna zaslonięte były ciężkimi ,drogocennymi kotarami. Na ścianach złocone kandelbary rozswietlały mrok..
Mag wyciągnął swoją fajkę ,nabił ja aromatyzowanym tytoniem ,otworzył flaszkę ,wziął głęboki łyk ,zaciagnął się dymem i rzucił na łózko..
- Uwielbiam fajki Kiseru - rozmyślał głośno - ich plusem jest to ,że można ja palić i leżeć , a popiół nie spada Ci na kimono.. Wziął kolejnego łyka i począł kolejną pieśń..
Nie myśl o tym, że pojutrze
Trzeba będzie wcześnie wstać
Dziś zaczęło się, a jutro
Jutro będzie jeszcze trwać
Dwa normalne dni włóczęgi
Od śpiewania stracisz głos
Jutro trochę spuchną pięty
Ale nic to, póki co
Do dna, pijmy do dna
Za spotkanie na drugi rok
Do dna, pijmy do dna
Za szaloną noc
Zaszedł krwawy słońca rubin
W zamian masz ogniska blask
Nie myśl, bracie, o swej lubej
Ona gdzieś została tam
Tylko tutaj jesteś sobą
Czujesz znów wolności smak
Nie jest ważny żaden kłopot
Więc śpiewajmy aż do dnia
- Do dna, pi.. - radosny śpiew przerwało mu pukanie do drzwi - Milejdi!! Milejdi!! Czy tam coś się pali?? Proszę otworzyć.. - mag wstał i uchylił lekko drzwi ,w których ujrzał wystraszonego szynkarza..
- ummmm .. - rzekł zakłopotany szynkarz ,spojrzawszy na fajkę w ręku przybysza - tu .. tu nie wolno palić.. - mag sięgnął po kolejna sakiewkę ,która zebrzęczała równie melodyjnie jak poprzednia - ale dla Milejdi zrobimy wyjątek - rzekł to po czym zniknął w mroku korytarza.. Mag wrócił do pokoju ,wziął kolejny głęboki łyk i zaległ ponownie na łożu..
- Gdyby nie ty Kanko - pogłaskał się tym razem po brzuchy - i tamte dwa pajace - nie mielibyśmy gdzie spać. Dobrze że mieli przy sobie jakieś pieniądze.. Niestety ,mam wrażenie ,ze w takim tempie szybko nam się skończą ,mój mały przyjacielu.. eh .. ale o tym pomyślimy jak wstaniemy.. A HAHAHAHAHAHAHAHAHAHA!! - roześmiał się głośno po czym wziął kolejny łyk z butelki ,kontynuując swą pieśń..
Do dna, pijmy do dna
Za spotkanie na drugi rok
Do dna, pijmy do dna
Za szaloną noc